Podbijamy Australię

Podbijamy Australię

Gdy luby powiedział mi, że chce zabrać mnie do Australii popukałam się w czoło. Gorąco, daleko i drogo. Mogliśmy za tę samą cenę zwiedzić pół Europy. Teraz boję się, że już nigdy żadne miejsce nie zauroczy mnie w takim stopniu. Pomysł na wyjazd zrodził się podczas jednego z chłodniejszych letnich dni, takich jakie lubię najbardziej. Nie jestem fanką zimy, ale przynajmniej ona pozwala uniknąć oparzeń, komarów i zawrotów głowy. Niestety (dziś myślę, że na szczęście) mój mężczyzna jest zwolennikiem gorących plaż i południowych upałów. Ideę podróży do krainy Oz (tak na Australię mówią miejscowi) argumentował przede wszystkim chęcią przeżycia niezwykłej przygody. Początkowo byłam nastawiona całkowicie sceptycznie - uwielbiane przez niego plaże są wszędzie, nie musimy przemierzać kilku tysięcy kilometrów, by odpocząć w żarze bijącym z nieba. Jednak słowo się rzekło i polecieliśmy. Udało nam się znaleźć atrakcyjną ofertę last minute. Postanowione, wakacje przed nami! W podróż wyruszyliśmy na początku sierpnia, sprawą nad którą wcześniej specjalnie się nie zastanawiałam, była różnica w porach roku. W trakcie naszego pobytu w Australii panowała zima. Powinnam napisać raczej "zima", bo w ciągu naszego miesięcznego pobytu temperatura nie spadła poniżej 15C. Zwykle wahała się ona w okolicach 20C, a więc mogliśmy nie martwić się o to, że będzie nam za zimno lub (tylko mi w zasadzie) za gorąco.

Najgorzej z naszej wyprawy wspominam podróż i związane z nią zmęczenie. Ponad 20h spędzone niemal wyłącznie w samolocie (wyłączając kilkugodzinny postój w Singapurze), mimo wszystkich udogodnień, potrafi wykończyć. Dochodzi do tego problem z przestawieniem się na inną strefę czasową, co sprawiło, że po przybyciu wieczorem do hotelu, od razu padłam na łóżko i obudziłam się dopiero ok. 16 następnego dnia. Gdy już się rozpakowaliśmy, mogliśmy przejść do zwiedzania okolicy. Adelajda to bardzo ładne, choć momentami nieco zbyt spokojne miasto. Chwilami trudno uwierzyć, że mieszka tam ponad milion osób. Życie w cieniu kamiennych budynków toczy się własnym, spokojnym rytmem. Podczas wędrówki ulicami, ciężko odczuć wielkomiejski charakter tego miejsca. Zewsząd otaczają nas tereny pełne zieleni i stylowe budowle, jak ratusz przyozdobiony wizerunkiem królowej Wiktorii i jej męża. Mieszkańcy Australii są niezwykle przyjaźnie nastawieni do turystów. Urzekły mnie częste pytania w stylu "how are you?" słyszane z ust ludzi, z którymi nigdy wcześniej się nie spotkałam. Jadąc autobusem nie uświadczymy szarej, polskiej gburowatości i brutalnej ciszy. Z każdej strony słychać gwar toczonych właśnie rozmów na każdy możliwy temat. Aussie (tak Australijczycy sami się nazywają) zaczepiają się nawzajem tylko po to, by chwilę porozmawiać. Czasami miałam wrażenie, że w tym ponad milionowym mieście, każdy zna każdego.

Kilkadziesiąt mil od miasta położona jest Barossa Valley, której okolica słynie z produkcji wysokiej jakości win. Za ok. 20 A$ można tam wziąć lekcję degustacji, z czego skorzystaliśmy. Szczerze powiedziawszy nie uważam, żeby to w jakikolwiek sposób wpłynęło na moje zdolności oceny smaku, ale jestem zadowolona mając za sobą takie doświadczenie. Kolejnym punktem na trasie naszej podróży był park narodowy Wyperfeld, będący schronieniem dla różnych gatunków ptaków. Za niewielką cenę można wybrać się na spacer z przewodnikiem. Miejsce jest naprawdę niezwykłe. Na pierwszy rzut oka przypomina typowy las, do jakiego byłam przyzwyczajona, jednak po podejściu bliżej można przeżyć prawdziwy szok. Okolicę wypełniają odgłosy setek ptaków. Nie przypomina to śpiewu gatunków występujących u nas. Jest to po prostu ordynarne skrzeczenie. Te niemiłe dla ucha dźwięki całkowicie rekompensuje widok papug, które go wydają. Mnóstwo różnokolorowych ptaków, większych i mniejszych, przelatuje nad głowami zwiedzających. Byłam nimi tak zafascynowana, że zupełnie nie słuchałam co na ich temat mówił przewodnik. W pobliżu parku znajduje się zagroda, w której przebywają emu. Ciekawostką jest, że ptaki te, przez większość ludzi uważane za strusie, wcale strusiami nie są. Należą one do rzędu kazuarowych i zamieszkują tylko kontynent australijski. W trakcie pobytu w Adelajdzie zwiedziliśmy także miejscowe zoo, w którym można obejrzeć zwierzęta, z których istnienia prawdopodobnie większość ludzi z Europy nie zdaje sobie sprawy, jak walabie, wyglądające trochę jak małe kangurki czy kangury nadrzewne. W zoo można robić sobie zdjęcia z różnymi gatunkami (odpłatnie), na przykład z misiami koala. Podczas rozmów dowiedziałam się, że jednym z głównych czynników odstraszających turystów, są podobno jadowite węże i pająki, na które łatwo natknąć się w Australii. Jeden z pracowników zoo wytłumaczył mi, że mit ten ma z prawdą niewiele wspólnego, bo mimo ich faktycznego występowania, na całym kontynencie więcej osób ginie rocznie w wyniku upadku z konia, niż z powodu zatrucia jadem któregoś z tych zwierząt. Przypadki pogryzień zdarzają się rzadko i to głównie wśród nieostrożnych ludzi przebywających na outbacku (australijska dzicz przyciągająca poszukiwaczy przygód i traperów).

Prawie całe życie w Australii toczy się na wybrzeżu. Czysty, błękitny ocean ściąga przyjezdnych na piękne plaże, na których, o tej porze roku, łatwo było znaleźć spokojne miejsce dla siebie. Większość plażowiczów stanowili surferzy, wykorzystujący silne wiatry i wysokie fale pojawiające się zimą i późną jesienią. Kąpać można się tylko w wyznaczonych do tego miejscach, gdyż całe południowe i wschodnie wybrzeże leży w zasięgu silnych prądów morskich, z których podobno nie ma szans ucieczki. W wodzie łatwo natknąć się na kolorowe rybki, które często podpływają dość blisko brzegu, mimo że są dość płochliwe. Na plaży (i w parkach) można znaleźć stacjonarne grille gazowe, które włączają się na jakiś czas, gdy wrzucimy do nich monetę. BBQ (skrót od barbecue) to powszechnie lubiany w Australii sposób spędzania wolnego czasu. Parę razy natknęliśmy się na grupy ludzi, które zebrały się wokół takich urządzeń i przesiadywały do późnego wieczora. Byliśmy zakwaterowani w trzygwiazdkowym hotelu parę mil od centrum miasta. W dwuosobowym pokoju z łazienką mieliśmy mały telewizor (z którego nie korzystaliśmy), radio i klimatyzację, która o tej porze roku była niemal całkowicie zbędna. Cena obejmowała śniadania i obiadokolację (swego rodzaju all inclusive). Australia urzekła mnie wspaniałymi krajobrazami i niezwykle miłymi ludźmi. To cudowne miejsce, które będę wspominać z wielkim sentymentem. Kraina Oz jest naprawdę magiczna i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła tu wrócić. Może warto wyruszyć na out back na wakacje...
 

Dodano: 2015-10-21 - Autor: Katarzyna Bracka - Kategoria: Relacje klientów

Komentarze

Infolinia
801 000 515

Dla tel. komórkowych
733 730 70042 632 04 64

Obsługa klienta

poniedziałek - piątek: 9:00 - 21:00

sobota: 10:00 - 20:00

niedziela: 12:00 - 20:00

 

Content